Dysleksja i Szybkie Czytanie- wywiad z Jackiem Kuroniem

9:59 po południu szybkie czytanie

Gazeta Stołeczna nr 20, wydanie waw z dnia 25/01/2000 , str. 11

Iwona Dudzik: Kiedy dowiedział się Pan, że jest dyslektykiem?

Jacek Kuroń: Objawy zaczęły się w szkole, ale jeszcze wtedy nie umiałem ich nazwać. Na czym polega moje upośledzenie, dowiedziałem się dopiero jako dorosły człowiek. Najgorzej było na początku szkoły. Pisałem kulfonami, robiłem przy tym mnóstwo błędów ortograficznych. Kiedy doszedłem do wniosku, że nigdy nie nauczę się poprawnie pisać, wszystkie siły skoncentrowałem na ukryciu moich braków.

I udało się?

- Szkołę oszukałem znakomicie. Nie mogłem nauczycielom pokazać zeszytu, więc znajdowałem wymówki: a to, że go zapomniałem, a to właśnie założyłem nowy. Dyktand nie pisałem. Szczęśliwie dość wcześnie, w wieku pięciu lat, nauczyłem się czytać. Była to zasługa mojej mamy. Zabierała mnie do parku i czytała mi “Potop”. Kiedy doszła do miejsca, gdzie Kmicic podchodzi pod Częstochowę i podsłuchuje rozmowę Wrzeszczowicza z Lisolą, zamknęła książkę i powiedziała: chcesz poznać dalszy ciąg, musisz nauczyć się czytać. Sięgnąłem po elementarz, z którego nauczyłem się liter. Kłopot w tym, że nie potrafiłem zestawić ich w słowa, a potem w zdania. Wypracowałem więc własną technikę czytania akapitami. Teraz wiem, że podobną metodę stosują Amerykanie i nazywają ją techniką czytania blokowego. (obecnie zwaną szybkim czytaniem).

Czyli uniknął Pan szkolnych kłopotów?

- Niestety nie. W trzeciej klasie nauczyciel krzyczał, że jestem niedorozwinięty, bo nie umiałem postawić prostej kreski od linijki. Powodem była niesprawność manualna, trzymałem rękę pod złym kątem. Także złożenie z kartonu równoległościanu było dla mnie sztuką niemożliwą do wykonania.

Czy szukał Pan pomocy nauczycieli?

- Szybko przekonałem się, że mnie nie rozumieją i jeśli im zaufam, to przegram. Zresztą sam sobie nie umiałem wyjaśnić, co mi jest, ani tego nazwać, tym bardziej nie chciałem, by ktokolwiek się o tym dowiedział. W rezultacie ani nauczyciele, ani rodzice nie mieli pojęcia o mojej przypadłości. Uważali, że jestem zdolny, ale leń.

Czy to spowodowało Pana nienawiść do szkoły?

- Absolutną. Byłem w trzech okropnych miejscach: w wojsku, więzieniu i szkole. Jakby mnie zapytali, gdzie chcesz wrócić, to wybrałbym więzienie. Gdyby nie dało się do więzienia, poszedłbym do wojska. Gdyby nie dało się do wojska, to trudno, ale do szkoły bym nie poszedł. Do dziś miewam koszmarne sny, że wołają mnie do tablicy.

Zdawał Pan z klasy do klasy?

- Miałem z tym kłopoty. Pierwszą i drugą klasę udało mi się obejść. W czwartej klasie zaskoczyłem nauczycieli liczbą przeczytanych książek. Właśnie wtedy zaczął się mechanizm: w nagrodę za pewne sukcesy, nauczyciele przymykali oko na niedoskonałości. Mimo to z klasy 9 do 10 przeszedłem z trudem i to pod warunkiem, że zmienię szkołę. Czytałem świetnie akapitami i namawiam wszystkich do poznania technik Szybkiego Czytania.

Sytuacja zmieniła się w klasach 10 i 11. Miałem szczęście, że trafiłem do szkoły przy Barcickiej prof. Zosi Ringmanowej, gdzie profesorowie starali się zrozumieć moje kłopoty. Nie przyswajałem dźwięków, których nie rozumiałem, więc nie mogłem nauczyć się języków obcych. Jedna z profesorek uparła się, żebym nauczył się jednego łacińskiego wiersza. Przepytywała mnie z niego na każdej lekcji i za każdym razem dawała niedostateczny. W końcu kazała mi uczyć się przy niej. Opanowałem tylko pierwsze trzy słowa: “Aurela prima est”. Dopiero wtedy uwierzyła, że rzeczywiście coś jest nie tak.

A egzaminy?

- Po maturze z polskiego pani dyrektor poprosiła mnie na bok i powiedziała: w historii naszej szkoły nie mieliśmy tak dojrzałej pracy maturalnej. Ale też nie mieliśmy pracy z tyloma błędami ortograficznymi. Po namyśle postanowili zaliczyć mi maturę, a pracę spalić. Jednak już na Uniwersytecie nie miałem żadnych problemów. Wyszedłem na ścisłą czołówkę. Skończyłem studia, obroniłem pracę magisterską. Pochłaniałem ogromne ilości tekstów i informacji.

A jak radzi sobie Pan dzisiaj?

- Do dziś nie nauczyłem się ortografii ani żadnego języka. Jestem kiepski w tabliczce mnożenia, zwłaszcza na siedem. Nie umiem czytać liter. Dlatego, gdy pracowałem w redakcji “Na przełaj”, byłem zwolniony z korekty. Nie potrafiłbym znaleźć literówek. Do dziś podpisuję się za każdym razem inaczej. Bank musiał mnie polubić razem z moimi podpisami, a w mojej fundacji do składania podpisów upoważniłem jeszcze dwie osoby: wiceprezesa i głównego księgowego.

Czy jako minister czytał Pan dokumenty i przeliczał np. budżet?

- Im wyższe stanowisko, tym łatwiej żyć dyslektykowi, bo większość drobnych prac wykonują inni. Pewnie nie byłoby gorzej, a może nawet byłoby lepiej, gdyby ministrami i premierami zostawali właśnie dyslektycy.

Czy to, że poznał Pan przyczynę kłopotów, coś zmieniło?

- Dla mnie największym problemem był psychiczny ciężar: dlaczego jestem gorszy? Próbowałem sobie to tak wyjaśnić, że jestem geniuszem, lecz współcześni mnie nie rozumieją.

Dopiero gdy przeczytałem książkę prof. Haliny Spionek “Zaburzenia psychoruchowe rozwoju dziecka”, nagle odnalazłem siebie. Dowiedziałem się, że mam zaburzenia analizatorów wzrokowego, słuchowego, nadpobudliwość ruchową i niesprawność manualną. Dwie z czterech wystarczyłyby, by nie skończyć trzeciej klasy szkoły podstawowej. Myślę, że gdybym wiedział to wcześniej, psychicznie czułbym się lepiej.

ROZMAWIAŁA IWONA DUDZIK

One Response

  1. Dysleksja Says:

    Najgorsze jest to, że przypadki takiego braku świadomości wśród nauczycieli i rodziców występują także dzisiaj.

Skomentuj

Twój komentarz

Zapisz się do darmowej subskrypcji i otrzymaj bezpłatny poradnik
jak zabrać się do szybkiego czytania

Zgadzam się z Polityką Prywatności